|
|
środa, 03 czerwca 2009
Piękne słowo, prawda? Ciekawe, czy Maria Awaria też umieściłaby je wśród ładnych na swojej liście? To jednak, co się za nim kryje (denotacja), wyznacza niestety całe spektrum nieciekawych rzeczy (konotacja). Gdzie te czasy rozważań pojęciowych? Teraz Evidence Based Medicine wyłącznie na piedestale! I te evidence są takie, że budzę się bladym świtem, słucham szalonego bicia swojego serca, wstaję, potykam się o rozłożone w nocy dookoła łóżka atlasy, nie mam siły biegać ani tym bardziej dokąd uciekać przed narastającym przerażeniem. Wszędzie się piętrzą książki, a powieszony na ścianie rysunek Michaelangelowego Dawida z zaznaczonymi tętnicami świdruje mnie lekko ironicznym wzrokiem. Jadę sprawdzić, jak się ludziom z zakładu biofizyki czytało moje przemyślenia dotyczące kanałów jonowych. Wpadła mi na uczelnianym forum w oko taka uwaga: z egzaminami na pierwszym roku trzeba wiedzieć, co wybrać. Zerówka z biofizyki i wrześniowy termin z anatomii są wielce prawdopodobne. Tylko bez paniki, już za późno. Aaaa!
wtorek, 02 czerwca 2009
I cóż ja tu mam napisać? Że przez szczelinę oczodołową górną przechodzi nerw III, IV, pierwsza gałązka V i VI? Uczę się, tak dla odmiany, biofizyka przetrwana, ale nie wiadomo jeszcze jak. Parę dni temu, w pięknej auli mojego uczelnianego pałacu, z widokiem na burzę i strugi deszczu w B., zaczęłam z P. rozmawiać o religii. Nie było do niej gładkiego przejścia z promieniowania jonizującego czy też więzadeł wewnątrzstawowych, ale daliśmy jakoś radę. Wyszło na to, że klasyczne argumenty na istnienie Boga trzymają się mocno i mamy je oboje głęboko zinternalizowane. Tyle, że P. - w wersji ortodoksyjnej, ja - no właśnie, w jakiej? Olaboga, do pracy! Odliczanie do egzaminu naprawdę się zaczyna.
czwartek, 21 maja 2009
To, że mam czas, spadło na mnie tak nieoczekiwanie jak na niektórych fakt, że mają tarczycę i że nie jest ona jednostką chorobową, a ważnym organem. Tak! Zaliczone, przetrwane, wymęczone i nawet odespane już wszystko prócz łaciny na jutro, ale z nią już moja res cogitans powinna sobie dać radę. W Białym mieście upalne i upojne chwile przeplatają się z ulewami, ale w ciepłym deszczu akurat całkiem przyjemnie się biega. "W wielkim mieście niebo jasne..." - przypomina mi się taka piosenka z kawowo-herbaciano-czekoladowych czasów. I niepostrzeżenie wielkie-małe Białe miasto robi się takie, że nie mogę się nadziwić. Truskawki, śniadania na trawie, pilne obserwowanie czegoś, co zaczyna przypominać rukolę - czego mam więcej chcieć? Trochę koncertów i naprawdę dobrych imprez, parę osób, mały czas, piękne eseje Magrisa o podróżowaniu, nocne rowerowe przejazdy przez park ze szpalerem tuj przypominających figury szachowe gigantów, dzienne przez nowo odkryty Las Zwierzyniecki... Cudne manowce. Kiedy minął prawie cały rok też za bardzo sama nie wiem. Jak będą mijały kolejne - któż to wie? Pamiętam, że w jedynym bodaj serialu, do którego miałam słabość, bohaterka z pewnego rodzaju namaszczeniem zostawiała swoje inicjały na szafie w akademiku po pierwszym roku. Zabawne, że ten mój pierwszy-niepierwszy rok był też moim pierwszym rokiem pisania w internecie. Ależ, ależ! Jeszcze sesja do przetrwania. I zerówka w bliżej nieokreślonym terminie. Oby nie zaraz w poniedziałek tylko.
czwartek, 14 maja 2009
Mój ludzik na szubienicy! Oto nadeszła chwila, by spadł... Z nosem w książkę. Niby końcówka kończyny dolnej (a więc stopa, parę nerwów i tętnic) była dzisiaj do omówienia, ale na dużej jasnej sali jakoś sentymentalnie się zrobiło. Niesłychane, że to już cały rok, cały człowiek. Biały fartuch w pralce, odliczanie do egzaminu zacznie się w poniedziałek, po ostatnim kolokwium. Będzie podobno jeden dzień na "przegląd preparatów". Wyobrażam to sobie... prawie jak jarmark. Tak więc witruwiańskie dzieło rozebrane na najmniejsze części. Gdy tylko uwolnię się od innych zaliczeń, siadam z atlasami, książkami i schematami, by krok po kroku, jak z instrukcji małego modelarza czy konstruktora domowej łodzi podwodnej, złożyć go na powrót w kwadraturę koła. Ech, jak pięknie.
środa, 13 maja 2009
Jesteśmy każdy z osobna jednym wielkim cudem. Nie musiałam może trafić na medycynę, by się o tym przekonać, ale po prześledzeniu podstawowych zaledwie szlaków rozwojowych komórek, pierwotnych narządów i rozmaitych listków, błonek, warstw - myślę, że to najprawdziwszy cud przetrwać wszystkie krytyczne momenty rozwoju, przetrwać prawie 40 tygodni i urodzić się bez drastycznych wad. Czas na naukę melorecytacji tej rozwojowej epopei.
środa, 06 maja 2009
Magdalena Środa narzeka na sztampowość tegorocznych tematów maturalnych i powielanie stereotypów, do jakich prowadzą. Nie pomyślałam o tym nawet. przeglądając arkusz. Z pewnych względów cieszyłam się nawet nimi. A tu, proszę, taki punkt widzenia, nie bez racji w zasadzie. Zanim jeszcze przeczytałam dzisiejszą gazetę, przyszła mi do głowy podobna myśl, tyle że powielanie stereotypów miało miejsce na zajęciach z embriologii. To taki dział histologii, w którym śledzi się powstawanie i rozwój nowych istot. A więc: plemnik, jajeczko, jedna komórka i cud rozwojowy. Jest na ten temat mnóstwo informacji do wchłonięcia i co do ich wagi nie ma wątpliwości. Reakcja doczesnowa, denudacja, bruzkowanie całkowite, aktywność lityczna trofoblastu - wszystko to jest do omówienia, opisania, odtworzenia na kolokwium. Jakie jest jednak powiązanie tych wszystkich elementów ze sobą, jakie konsekwencje dają drobne zmiany pewnych struktur - czyli w sumie to, co najbardziej fascynujące - jest raczej pomijane. Wiedzieć a nie rozumieć? Przyszła mi do głowy jeszcze masa pytań: co z ciążą pozamaciczną? jak zapłodniona komórka jajowa wędrująca w stronę jamy macicy przez jajowód i ciałko żółte w jajniku komunikują się ze sobą? jak to się dzieje, że podczas owulacji z dwóch jajników oddalonych od siebie o kilkanaście centymetrów wydostaje się tylko jedna dojrzała komórka jajowa? czy błona śluzowa macicy broni się przed inwazją trofoblastu? Za dużo? Wystarczy porównać Zosię z Telimeną? Ale ja dlatego właśnie chciałam trafić na te studia, by znaleźć kilka odpowiedzi. Jeden znajomy zlecił mi nawet rozstrzygnięcie kwestii posiadania wolnej woli. Hmm, a może jest jakaś specjalizacja związana z pytaniami? Refleksologia :)
wtorek, 05 maja 2009
Ech, dobrze byłoby, gdyby obowiązek udzielania pomocy obejmował również studenckie finanse i konferencyjne wyjazdy. Od jakiegoś czasu myślę, że dobrze byłoby obronić się jak najszybciej, zatrudnić na uczelni regularnie przeszukiwać stypendialne bazy danych. Prawdopodobnie właśnie teraz zacznę kurs truchcikiem między wydziałami dwóch uczelni, by zniwelować skutki podwyższonego kursu euro przy przeliczaniu opłaty konferencyjnej i dojazdu na złotówki. Niby nie jest to dużo, ale... Moje prawie skończone studia przydały się dziś na małą analizę pojęciową przeprowadzoną na użytek asystenta z biofizyki. Nigdy nie wiadomo, do czego zaprowadzi promień światła w polarymetrze bądź refraktometrze! Rozczulił mnie ponadto wykład z logiki i metodologii badań empirycznych wygłoszony nad zależnością liniową wykreśloną z naszych wyników w excelu. Prawda jako idea, do której naukowiec dąży... piękne to dla nas, adeptów w białych fartuchach. Będziemy potem - jak w gabinecie dra House'a - wypisywać ustalone fakty na tablicy i wznosić się na wyżyny indukcji. Piszę to bez ironii! Przez cały kurs filozofii nauki miałam wrażenie, że rozmawiając o formułowaniu praw nauki warto byłoby mieć kontakt z jakąś empiryczną działalnością, bo bez niej teoretyczne rozważania w sali z małym wiatrakiem u sufitu nie mają większego sensu. Żeby zaś było zabawniej - zostałam potraktowana ulgowo na egzaminie, kiedy się przyznałam do zdawania na medycynę "bo wy, empirycy, nie macie często świadomości, według jakich mechanizmów tworzycie naukę". Jak kukułcze jajo, doprawdy.
czwartek, 30 kwietnia 2009
Otóż to, przez klika grup ćwiczeniowych na anatomii przeszedł szept, szum i plotka, że jeden z naszych asystentów jest autorem pewnego powszechnie znanego bloga, którego czyta się równie zapamiętale jak ogląda odcinki doktora House'a. Choć pewne poszlaki wskazują, iż sławny twórca różnych celnych szpitalnych spostrzeżeń może pochodzić z tych stron, wcale nie wydaje mi się, by tu pracował. Typuję raczej W. Przetrwałam tydzień śmierci. Koniec z tkankami łącznymi, których rodzaje odróżnia się pod mikroskopie tylko dzięki różnym barwieniom. Ludzikowi z anatomii brakuje już tylko nóg... I egzaminy zaczynają szczerzyć kły. Jakiś czas temu próbowałam załatwić organizację warsztatów z pierwszej pomocy. Certyfikat BLS to nie byle co w końcu przy poszukiwaniu pracy na wakacje. To, że z nią dla młodych adeptów medycyny naprawdę krucho, to już zupełnie inna kwestia. Tak czy inaczej spędziłam kilka chwil w siedzibie PCK. Żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia, ale hasło na plakacie powaliło mnie z nóg: "honorowych krwiodawców załatwiamy poza kolejnością". Omówiłam też z panią pracującą w PCK pewną interesującą mnie od jakiegoś czasu kwestię: lekarze mają ustawowy obowiązek udzielania pierwszej pomocy, ale skoro to, czego uczą się na studiach (i tak w okrojonym wymiarze godzin), dezaktualizuje się niemal z dnia na dzień, można założyć, że nie są w stanie udzielić jej w prawidłowy sposób. Możliwe jest więc, że bardziej zaszkodzą niż pomogą. I tu świetlany mit blednie: jak to? Nie potrafią ratować? Wyobraźcie sobie jednak np. urologa z wieloletnim stażem, który jest świadkiem wypadku z udziałem dzieci. Albo okulistę tamującego krwotok z tętnicy udowej przy otwartym złamaniu.
czwartek, 23 kwietnia 2009
Z okazji Międzynarodowego Dnia Książki i Praw Autorskich, w dniu, w którym musiałam zwolnić na koncie bibliotecznym miejsce dla podręcznika embriologii, oddając naprawdę ciekawie zapowiadającą się rozprawę "Geniusz i obłąkanie" Lambroso, życzę wszystkim i sobie więcej czasu na czytanie. Spoza list lektur, pod kwitnącą jabłonią, wiśnią, magnolią, z herbatą, kawą, jabłkiem, marchewką, z przypisami bądź bez, jak kto woli. Mnie się na przykład marzy biografia Nowosielskiego i teksty o ikonach, eseje Sacksa, Brodskiego, wędrówka z Herbertem do Flamandów, odkładany tyle razy Dostojewski i "Doktor Faustus". I "Nieznośna lekkość bytu" po szwedzku, bo czemu by nie? Wszystko na raz najlepiej. W szkole ludzie polecają sobie Bochenka (tj. sześciotomową anatomię, która niby obowiązuje nas już teraz, ale wszyscy uczą się z mniej obszernych źródeł) na czas praktyk szpitalnych. Może to taki trening behawioralny?
wtorek, 21 kwietnia 2009
Na anatomii dużo śmiechu z racji tematów, do których prędzej czy później musieliśmy dotrzeć: narządy płciowe. Coraz niżej, coraz bliżej końca ludzika na szubienicy. Ostateczna egzekucja całej wiedzy już zresztą wyznaczona na trugi tydzień czerwca. Wracając jednak do tematu: miny kolegów żywcem jak obraz freudowskiego kompleksu kastracyjnego. Nie do pozazdroszczenia. Wykład i tak przebił jednak wszystko. Komentarz do slajdów ze schematyczymi etapami zabiegu zwanego wazektomią (podwiązanie nasieniowodów u mężczyzn stosowane w wielu krajach jako skuteczna antykoncepja): "a to obrazki z serii zrób to sam". To wszystko wczoraj, dziś amplitura na wykresie po przeciwnej stronie. Czy to nie lekka przesada, by pięć pytań opisowych na kolokwium z biofizyki dwa były z elektrycznej aktywności komórek serca? Pocieszam się tym, że w ramach Podlaskiego Festiwalu Nauki i Sztuki poznam jutro odpowiedź na fundamentalne pytanie "Czy nauka jest dobra?". Tak przynajmniej deklaruje autor wykładu zaplanowanego na ósmą rano (notabene to jeden z nielicznych humanistów z mojej uczelni). Cóż, widocznie na prawdę każdy czas jest dobry. Chętnie posłucham kategorycznych rozstrzygnięć, może też się tak zradykalizuję po paru latach recytowania rozkładu ładunków elektrycznych po obu stronach błony komórkowej? Dobrze, że niektórzy jeszcze wierzą w mój humanizm. |